— Chciałem rzucić studia, nie przypuszczałem, że zostanę wykładowcą akademickim — mówi dr Stanisław Czachorowski, entomolog i hydrolog, profesor Katedry Ekologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.
— Jak został pan wykładowcą?
— Zaczynając studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej, nie myślałem o karierze na uczelni. Chciałem być nauczycielem w małej szkole gdzieś w Bieszczadach. Ba, nawet chciałem rzucić studia. Uważałem, że program jest absurdalny i jest za dużo pamięciowego uczenia. Starszy kolega namówił mnie, żebym wziął urlop dziekański i to przemyślał. Pół roku później wróciłem. Zaczęliśmy się wtedy bawić w koło naukowe. Razem z naukowcami poznawaliśmy otaczającą nas rzeczywistość. To były moje pierwsze badania entomologiczne i krajobrazowe. Ugruntowało to moją pasję do poznawania i badania. Potem dorabiałem jako laborant. Po prostu myłem probówki. Pod koniec studiów zaproponowano mi stanowisko asystenta. Pracę zacząłem kilka miesięcy przed magisterką. Trochę to zmieniło moje plany, bo miałem już nawet upatrzoną szkołę. Gdyby nie ta propozycja, nawet by mi nie przyszło do głowy, że mogę zostać wykładowcą.
— Pana zawód nie należy do łatwych. Miewał pan chwile zwątpienia?
— Cały czas musimy ciężko pracować. Konkurencja związana z różnymi punktami i hierarchizacją stopni jest duża.
To stresujący zawód. Nie mamy nad nim kontroli. Naszą pracę widać dopiero po pewnym czasie. Często trzeba czekać wiele lat na wyniki badań. Kiedy przystępuję do obserwacji, nikt mi nie gwarantuje, że zakończy się ona jakimś wielkim odkryciem. Eksperymenty w laboratorium nie wychodzą, nie udaje się czegoś opublikować... Jeśli ktoś chce być wykładowcą, może zapomnieć o stabilizacji. Bywa to frustrujące.
— Mimo wszystko nie wygląda pan na człowieka nienawidzącego swojej pracy.
— Bo ja bardzo lubię swoją pracę! Jak w każdym przypadku są rzeczy, które oceniamy pozytywnie i takie, które nas denerwują. Robię to, co lubię i z tego jestem zadowolony przede wszystkim. Uczenie i poznawanie są ze sobą ściśle związane, a to czynności, które mnie najbardziej cieszą. Tak naprawdę nie ma pracy lepszej lub gorszej. Podejście do zawodu zależy od osobistych preferencji.
— A co pan najbardziej lubi w pracy naukowca?
— Tworzenie nowych rzeczy. Odkrywanie. Niektórzy mówią, że w trakcie odkryć, nawet tych najwcześniejszych, dokonywanych w szkole, wydzielają się w mózgu endorfiny. Chyba Stephan Hawking powiedział kiedyś, że nauka jest tak samo przyjemna jak seks, tylko trwa znacznie dłużej. Każdy z nas kiedy rozwiąże krzyżówkę, albo odkryje, jak działa jakieś urządzenie, czuje satysfakcję. Jako naukowiec mam zawsze możliwość do dokonywania odkryć. W pracy mam kontakt z bardzo różnymi ludźmi. Nie zamykam się we własnym sosie. Bywa to stresujące, ponieważ każda konfrontacja z innymi ludźmi jest ryzykowna. Z drugiej strony, taki kontakt daje mi możliwość poznawania różnych pasji. Mogę stykać się z różnorodnymi opiniami. Czytać ciekawe publikacje i słuchać wspaniałych wykładów na różnych konferencjach. A po konferencjach czekają na mnie lasy, puszcze i bagna pełne bogactwa życia. Wiosną byłem w Puszczy Białowieskiej. To fascynujące, zwiedzać ją nie jako turysta, utartymi szlakami, ale przez zarośla dotrzeć do samego jej serca. Teraz jadę na urlop i też będę badał przyrodę. I świetnie przy tym odpoczywam.
Mateusz Albin
Tekst pochodzi z Reportera Gazety Olsztyńskiej.
— Zaczynając studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej, nie myślałem o karierze na uczelni. Chciałem być nauczycielem w małej szkole gdzieś w Bieszczadach. Ba, nawet chciałem rzucić studia. Uważałem, że program jest absurdalny i jest za dużo pamięciowego uczenia. Starszy kolega namówił mnie, żebym wziął urlop dziekański i to przemyślał. Pół roku później wróciłem. Zaczęliśmy się wtedy bawić w koło naukowe. Razem z naukowcami poznawaliśmy otaczającą nas rzeczywistość. To były moje pierwsze badania entomologiczne i krajobrazowe. Ugruntowało to moją pasję do poznawania i badania. Potem dorabiałem jako laborant. Po prostu myłem probówki. Pod koniec studiów zaproponowano mi stanowisko asystenta. Pracę zacząłem kilka miesięcy przed magisterką. Trochę to zmieniło moje plany, bo miałem już nawet upatrzoną szkołę. Gdyby nie ta propozycja, nawet by mi nie przyszło do głowy, że mogę zostać wykładowcą.
— Pana zawód nie należy do łatwych. Miewał pan chwile zwątpienia?
— Cały czas musimy ciężko pracować. Konkurencja związana z różnymi punktami i hierarchizacją stopni jest duża.
To stresujący zawód. Nie mamy nad nim kontroli. Naszą pracę widać dopiero po pewnym czasie. Często trzeba czekać wiele lat na wyniki badań. Kiedy przystępuję do obserwacji, nikt mi nie gwarantuje, że zakończy się ona jakimś wielkim odkryciem. Eksperymenty w laboratorium nie wychodzą, nie udaje się czegoś opublikować... Jeśli ktoś chce być wykładowcą, może zapomnieć o stabilizacji. Bywa to frustrujące.
— Mimo wszystko nie wygląda pan na człowieka nienawidzącego swojej pracy.
— Bo ja bardzo lubię swoją pracę! Jak w każdym przypadku są rzeczy, które oceniamy pozytywnie i takie, które nas denerwują. Robię to, co lubię i z tego jestem zadowolony przede wszystkim. Uczenie i poznawanie są ze sobą ściśle związane, a to czynności, które mnie najbardziej cieszą. Tak naprawdę nie ma pracy lepszej lub gorszej. Podejście do zawodu zależy od osobistych preferencji.
— A co pan najbardziej lubi w pracy naukowca?
— Tworzenie nowych rzeczy. Odkrywanie. Niektórzy mówią, że w trakcie odkryć, nawet tych najwcześniejszych, dokonywanych w szkole, wydzielają się w mózgu endorfiny. Chyba Stephan Hawking powiedział kiedyś, że nauka jest tak samo przyjemna jak seks, tylko trwa znacznie dłużej. Każdy z nas kiedy rozwiąże krzyżówkę, albo odkryje, jak działa jakieś urządzenie, czuje satysfakcję. Jako naukowiec mam zawsze możliwość do dokonywania odkryć. W pracy mam kontakt z bardzo różnymi ludźmi. Nie zamykam się we własnym sosie. Bywa to stresujące, ponieważ każda konfrontacja z innymi ludźmi jest ryzykowna. Z drugiej strony, taki kontakt daje mi możliwość poznawania różnych pasji. Mogę stykać się z różnorodnymi opiniami. Czytać ciekawe publikacje i słuchać wspaniałych wykładów na różnych konferencjach. A po konferencjach czekają na mnie lasy, puszcze i bagna pełne bogactwa życia. Wiosną byłem w Puszczy Białowieskiej. To fascynujące, zwiedzać ją nie jako turysta, utartymi szlakami, ale przez zarośla dotrzeć do samego jej serca. Teraz jadę na urlop i też będę badał przyrodę. I świetnie przy tym odpoczywam.
Mateusz Albin
Tekst pochodzi z Reportera Gazety Olsztyńskiej.
